Mieliście, moi Drodzy, w swym życiu miłosnym taką sytuację, iż Wasz partner doprowadzał Was do takiego zagotowania wewnętrznego, że bylibyście gotowi krzywdę mu zrobić własnoręcznie? Z uśmiechem na ustach? Wydaje mi się bowiem, że to dość powszechne. Miłość miłością, przyjaźń przyjaźnią, ale czasem człowiekiem tak telepnie, że zaczyna wyzbywać się odruchów humanitarnych, o emocjach zapomina i z oczyma wywalonymi i pianą na ustach ma ochotę do gardła się rzucić i zagryźć. A potem zaryczeć jak głodny lew. Czasem tak miewam - przyznaję. I wcale tu nie chodzi o PMS. Nie, nie. Tu chodzi o różnicę w sposobie komunikacji. Kobieta, istota z natury delikatna (w dodatku zakochana), cedzi słowa uważnie, by nie urazić partnera. Mężczyzna, człek bezpośredni, wali prosto z mostu, nie bacząc na konsekwencje, bo wydaje mu się, że prawda nie boli - a leczy. ;) I tak tym oto sposobem, zostałam dziś poinformowana podczas miłej początkowo pogawędki, że powinnam zacząć dbać o kondycję fizyczną, by na starość nie przygniótł mnie mój własny tłuszcz. Gdy kulturalnie odparłam, iż mój luby może mnie uprzejmie pocałować w moją (domniemaną) grubą dupę, w odpowiedzi usłyszałam, że on wcale nie uważa, iż grubą jestem istotą, a jedynie dba, abym zawsze była taka, jak teraz. Gówno prawda, przecież JA WIEM CO ON ZASUGEROWAŁ.
I tu pojawiają się rozważania z gatunku egzystencjalnych. Czy mężczyźnie wypada w sposób tak bezpośredni komunikować swej cudownej partnerce godzące w jej delikatną duszyczkę brutalne treści? I co nim kieruje? Troska? Brak taktu? Czy może głupota mogąca go doprowadzić do gwałtownej śmierci? Bo przecież kobieta 40 razy się zastanowi i przeanalizuje, czy powiedzieć mężczyźnie swemu, że z pokładów tłuszczu na jego brzuchu mógłby se zrobić koło ratunkowe i przepłynąć Atlantyk. A w rezultacie i tak nic nie powie, aby go nie urazić. A ten chlapnie, co mu ślina na język przyniesie, rzekomo z troski jakiejś i zdziwiony potem, że ktoś warczy. Więcej taktu się domagam! Kobieta kocha do czasu, potem zabija. Na śmierć. ;)